„Wieża Babel XXI wieku”
Bogowie Greccy czy też Bogowie Słowiańscy byli bliżsi i łatwiejsi do zrozumienia ze względu na swą zewnętrzność, odpowiedzialność za konkretne rzeczy, były to niejako zmaterializowane postaci. Mieli znacznie więcej cech ludzkich. Dajmy na to taki Perun odpowiedzialny był za pioruny, a greccy bogowie to nawet zwykle po ludzku zazdrościli, przeżywali miłości czy dostarczali innych ludzkich, niewymienionych wyżej wad.
Ks. Tischner w „Krótkim przewodniku po życiu” próbuje wyjaśnić różnicę między Bogiem a Trójcą Świętą i dlaczego była ona tak ważna dla Kościoła. Sam Bóg zewnętrzny – Bóg morza czy burzy – panuje nad tym, co na zewnątrz. Trójca Święta kieruje nas natomiast do wnętrza. Pokazuje, że człowiek powinien dotrzeć do samego siebie, do tego, co ma w środku, i kierować się tym, co z niego wypływa. W przeciwnym razie pozostaje poganinem – kimś, kto szuka odpowiedzi wyłącznie na zewnątrz.
Buddyzm tłumaczy to nieco inaczej, ale prowadzi do podobnych ustaleń. Być może właśnie dlatego coraz częściej myślę o Wieży Babel inaczej, niż uczono mnie kiedyś. W dzieciństwie przedstawiano mi tę przypowieść dosłownie – ludzie przestali mówić jednym językiem i nie mogli się już porozumieć. Dziś zastanawiam się, czy nie chodziło o coś więcej niż jak to było niegdyś tłumaczone, legendarna opowieść o powstaniu języków obcych. Oczywiście symbolika mówi o niedogadaniu, ale bardziej kładzie nacisk na niedomówienia w językach obcych i niezrozumieniu obcego narodu. A co jeśli musimy po prostu uważniej słuchać siebie nawzajem, by naprawdę zrozumieć drugiego człowieka? Jak widać, do dziś nie bardzo nam to wychodzi. Nie potrafimy porozumieć się nie tylko z ludźmi mówiącymi innym językiem, ale często również z tymi, którzy mówią dokładnie w tym samym języku co my.
W Midraszu znajduje się przypowieść o wyjściu Żydów z Egiptu, z domu niewoli. Gdy znaleźli się nad Morzem Czerwonym, a z daleka słychać było już tętent koni nadjeżdżających po nich Egipcjan. W obliczu zbliżającego się nieuchronnie widma utraty życia lub w najlepszym wypadku powrotu do niewoli, Żydzi podzielili się na grupy i każda miała inny pomysł na rozwiązanie sytuacji. Jedni chcieli walczyć, inni się poddać, jeszcze inni uciekać. Ostatnia grupa proponowała modlitwę. Tymczasem Bóg odpowiedział krótko: idźcie naprzód, bo ostatecznie to jednak Żydzi musieli wykonać kroki w kierunku morza.
Trochę jak w starym dowcipie o człowieku, który codziennie modli się do Boga o wygraną w totolotka. W końcu słyszy odpowiedź: „Dobrze, ale kup wreszcie ten kupon”.
I co to ma wspólnego z Wieżą Babel i porozumieniem?
Otóż jedni nazwą to modlitwą, inni mantrą, jeszcze inni afirmacją albo pozytywnym nastawieniem. Słowa są różne, ale bardzo często opisują podobny mechanizm sedna naszych pragnień, chęci czy przekonań. Każdy z nas chce w coś wierzyć, a czy to takie istotne jak będziemy to nazywać? O ile nie krzywdzimy innej osoby, chyba nie warto się o to spierać i dać każdemu wolną wolę wyboru.
Takich przykładów jest znacznie więcej. Coś, co w katolicyzmie nazywa się jednym słowem, w buddyzmie czy filozofii nosi inną nazwę, a w psychologii jeszcze inną. Oto kilka z nich:
Rachunek sumienia – autorefleksja – uważność
Katolicyzm zachęca do rachunku sumienia. Nie tylko jako wyliczenia grzechów, ale przede wszystkim jako spojrzenia na własne intencje, myśli i czyny. Kościół zaleca taki rachunek przynajmniej raz w roku przed spowiedzią, ale wielu wierzących robi go każdego wieczoru.
W psychologii mówimy o autorefleksji i samoświadomości. To umiejętność przyglądania się sobie z pozycji obserwatora, bez nieustannego oceniania i potępiania siebie. Nie chodzi o to, żeby się obwiniać, ale żeby zrozumieć, co się wydarzyło i dlaczego straciliśmy panowanie nad emocjami.
W buddyzmie podobną rolę pełni praktyka vipassany – medytacji wglądu i uważności. Człowiek obserwuje swoje myśli i reakcje bez przywiązania, próbując zrozumieć źródło cierpienia i własnych błędów.
Stoicy (zwłaszcza Seneka, Epiktet i Marek Aureliusz) traktowali wieczorny rachunek sumienia jako fundament rozwoju moralnego. Seneka co wieczór pytał samego siebie: „Jaki swój błąd dziś uleczyłeś? Jakiemu sprzeciwiłeś się nałogowi? Pod jakim względem stałeś się lepszy?”. Nie służyło to samobiczowaniu, ale racjonalnej ocenie własnych czynów i przygotowaniu na kolejny dzień.
„Niech się zaprze samego siebie” – samoregulacja i praca z ego
Jezus mówi: „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie” (Łk 9,23). Katolicka asceza i post mają właśnie temu służyć.
W katolicyzmie oznacza to panowanie nad egoistycznymi pragnieniami i własną wolą w imię wyższego dobra.
Psychologia mówi o samoregulacji emocjonalnej oraz umiejętności odraczania gratyfikacji. Chodzi o to, by nie być niewolnikiem każdej zachcianki, złości czy impulsu, ale potrafić zrezygnować z natychmiastowej przyjemności dla czegoś ważniejszego.
W tradycjach Wschodu mówi się o osłabianiu ego. Uznaje się, że nadmierne przywiązanie do własnych pragnień jest jednym ze źródeł cierpienia.
Greckie pojęcie enkrateia oznacza dosłownie „władzę nad samym sobą”, czyli silną wolę i panowanie nad popędami. Arystoteles uważał, że człowiek cnotliwy to ten, którego rozum panuje nad zachciankami. Stoicy z kolei dążyli do stanu apathei – nie jako znieczulicy, ale wolności od destrukcyjnych namiętności (takich jak chciwość, gniew czy pycha), co pozwalało działać zgodnie z kosmicznym rozumem (Logosem), a nie własnym ego.
„Nie troszczcie się o jutro” – życie tu i teraz
W Kazaniu na Górze Jezus mówi: „Nie troszczcie się zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie” (Mt 6,34).
W katolicyzmie oznacza to zaufanie Bożej Opatrzności i rezygnację z paraliżującego lęku o przyszłość.
Psychologia pokazuje, że przewlekły lęk bardzo często rodzi się z nieustannego wybiegania myślami w przyszłość i tworzenia czarnych scenariuszy. Dlatego uczy zakotwiczać się w teraźniejszości.
Buddyzm i taoizm czynią z życia „tu i teraz” jeden ze swoich fundamentów. Przeszłość już minęła, przyszłość jeszcze nie nadeszła. Spokój można odnaleźć jedynie w chwili obecnej.
Filozoficzna koncepcja amor fati (miłość do losu) to postawa całkowitej akceptacji wszystkiego, co przynosi życie – zarówno sukcesów, jak i cierpienia. Zamiast lękać się jutra, człowiek przyjmuje rzeczywistość taką, jaka jest, wiedząc, że ma wpływ tylko na swoje obecne reakcje, a nie na zewnętrzne wydarzenia. Dodatkowo stoickie przypominanie o śmierci (memento mori) miało sprowadzać człowieka do teraźniejszości i odzierać przyszłe troski z ich paraliżującej wagi.(Stoicyzm / Nietzsche)
Nie chodzi mi o udowodnienie, że wszystkie religie i nauki mówią dokładnie to samo. Te przykłady pokazują, że bardzo często różnymi językami próbujemy opisać podobne ludzkie doświadczenia. Próbujemy w rozmowie z drugą osobą wyjaśnić nasze rozterki czy zakomunikować to samo używając innych słów, a brak wsłuchania się w drugą osobę i dialogu, powoduje w nas frustrację, złość i poczucie niezrozumienia. Nie ufając nauce będziemy wyśmiewać kogoś, że mówi do nas psychologiczne dyrdymały i odwrotnie, nie będąc osobą wierzącą, ale zamkniętą na słuchanie, pomyślimy, że to zwykły „katol” z klapkami na oczach. Myślimy wówczas, że tylko my mamy rację, a druga osoba się myli, że moja religia i moje przekonania są lepsze niż twoje.
A nie ma nic złego w tym, że ktoś odnajduje siebie w chrześcijaństwie, buddyzmie, psychologii, naturze czy czystej nauce. Ważne jednak, by pamiętać, że człowiek stojący obok nas, może przeżywać dokładnie to samo co my, tylko opowiadać o tym innymi słowami.
To właśnie jest esencja tego, co psychologia nazywa głęboką empatią, a duchowość – jednością.
Wszyscy dzielimy te same podstawowe niepokoje i potrzeby: lęk przed nieznanym, potrzebę bezpieczeństwa, sensu oraz pragnienia miłości czy wewnętrznego spokoju.
Różnimy się przede wszystkim językiem, którym próbujemy te doświadczenia nazwać. Ktoś mówi o walce z szatanem, ktoś inny o aktywacji ciała migdałowatego, a jeszcze ktoś o złej karmie czy zablokowanej energii. Choć słowa brzmią zupełnie inaczej, pod nimi często kryje się ten sam ludzki ból i to samo zagubienie. Zrozumienie tego pozwala przestać oceniać ludzi przez pryzmat etykiet, religii czy terminologii. Zamiast spierać się o słowa, zaczynamy dostrzegać w drugim człowieku kogoś, kto – tak jak my – szuka swojej drogi lub potrzebuje wsparcia.
Dziś słyszymy zewsząd, że każdy żyje w swojej bańce, w programach publicystycznych dyskusję zastąpiło wygłaszanie lub wykrzykiwanie przygotowanych wcześniej oświadczeń zgodnych z linia partii albo wizerunku polityka. W mediach społecznościowych pojawia się gro „początkujących ekspertów”, których dopada Efekt Dunninga – Krugera, a którzy dopiero w miarę rozwoju natykają się na paradoks Sokratesa, bo tylko jeśli się rozwijasz, zdobywasz wiedzę, jesteś otwarty na doświadczenia i poznawanie świata, zdajesz sobie sprawę jak mało jeszcze wiesz i że prawdopodobnie do końca swych dni nie będziesz w stanie tego świata pojąć, bańki o których tak często się ostatnio mówi, to po prostu zwykłe kręgi ludzi o różnych zainteresowaniach, innym punkcie widzenia czy innych doświadczeniach. Nic dziwnego, że chcą się spotkać w grupie i kultywować wspólne pasje, przecież w gruncie rzeczy każdy z nas chce być zrozumiany…
Dziś usłyszałam fragment programu, w którym znana i lubiana osoba publiczna została zapytana, co sprawia jej radość. I nagle… zobaczyłam w jej oczach ogromne zaskoczenie, bo padło pytanie którego się nie spodziewała. Zawahanie. Trudność z odpowiedzią. Padło pytanie którego nie tylko się nie spodziewała, ale którego sobie nie zadawała i się nad nim nie zastanawiała.
– Co sprawia Ci radość?
Na co dzień to ona daje innym radość, uszczęśliwia ich, dba o nich. A siebie? O sobie najwyraźniej zapomniała.
A przecież to jedno z tych pytań, które powinniśmy zadawać sobie znacznie częściej. Może nawet codziennie, by przede wszystkim dogadać się najpierw z samym sobą. Trochę jak w samolocie, najpierw musisz założyć maskę sobie, by później móc pomóc osobom dookoła.
Co dziś sprawiło mi radość?
A jeśli odpowiedź nie przychodzi od razu, to może warto posiedzieć nad nią chwilę dłużej. Bo dopóki nie poznamy siebie, nie będziemy wiedzieli dokąd chcemy iść.
Takie pytania warto zadawać również naszym bliskim.
Czy jesteś szczęśliwy ze mną?
Czy dobrze ci w naszej rodzinie?
W pracy?
W codziennym życiu?
I co najważniejsze – dać drugiej osobie czas na odpowiedź. Nie oczekiwać jej od razu. Być może sama nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała. A jeśli usłyszymy, że coś jest nie tak, nie traktujmy tego jak porażki. Zapytajmy raczej: co możemy z tym zrobić? Być może właśnie dzięki takim rozmowom uda się zauważyć coś wcześniej i nie dopuścić do większych katastrof w naszych relacjach, które wokół siebie tworzymy.
Tak samo jak dbamy o samochody, robimy ich przeglądy, remontujemy domy czy wymieniamy zużyte przedmioty, tak samo powinniśmy dbać o nasze więzi, zdrowie psychiczne i życie wewnętrzne. Bo kiedy ten fundament jest mocny, łatwiej radzimy sobie również z przeszkodami, które codziennie stawia przed nami życie. A kiedy bardziej skupiamy się na swoim życiu zostaje nam mniej czasu na wytykanie innym w naszej opinii błędów.
Biblia, buddyzm i psychologia bardzo często mówią o tych samych ludzkich doświadczeniach: o lęku, cierpieniu, potrzebie refleksji, wewnętrznego spokoju czy przekraczania własnych ograniczeń. Zmieniają się symbole, słownictwo i sposób opowiadania, ale człowiek od tysięcy lat zadaje sobie w gruncie rzeczy te same pytania.
Jest jednak pewna różnica, która chcę podkreślić.
Religie i tradycje duchowe pokazują uniwersalne drogi, którymi przez wieki podążali ludzie poszukujący sensu. Psychologia natomiast skupia się na konkretnym człowieku i jego indywidualnej historii. Dlatego psychoterapia nie daje gotowych recept, ale pomaga znaleźć rozwiązania dopasowane do naszych doświadczeń, osobowości i przeżyć. Bo to właśnie niuanse bardzo często decydują o tym, czy zaczynamy naprawdę rozumieć siebie.
I być może dlatego tak często zaskakuje nas jedno, z pozoru bardzo proste pytanie zadane we właściwym momencie.
Pamiętajmy też, że wiara nie jest od zastraszania ani od dzielenia ludzi. W założeniu ma nas przecież łączyć. Nie możemy narzucać nikomu swojej wiary, ale też nie powinniśmy potępiać kogoś tylko dlatego, że wierzy inaczej. Dla jednych będzie to Bóg, dla innych Allah, Budda, Jezus, wszechświat, przyroda czy jeszcze coś innego.
Pozwólmy ludziom szukać własnej drogi.
Jeżeli jesteś w dyskomforcie, że ktoś bardzo gorliwie próbuje przekonać cię do swojej wiary, możesz po prostu powiedzieć:
„Cieszę się, że daje ci ona tyle siły. Ja mam swoją drogę. Jeśli kiedyś będę chciał ją poznać bliżej, chętnie cię o nią zapytam. A jeśli ty będziesz chciał poznać moją, również ci o niej opowiem. Bez zobowiązań. Z czystej ciekawości i chęci zrozumienia.”
I z drugiej strony zrozum, jak czują się inni, którym ty próbujesz coś narzucić. Pamiętajmy, że nasz wrodzony mechanizm niemylności może się mylić.
Nie mam jednak wrażenia, że kryzys przeżywa dziś sama wiara. Mam wrażenie, że kryzys przeżywa instytucja Kościoła. A to nie jest to samo. Wiemy przecież, skąd bierze się rozczarowanie wielu ludzi. Skandale związane z wykorzystywaniem seksualnym, zamiatanie tych przestępstw pod dywan, zbyt bliskie związki z polityką, hipokryzja – kiedy z ambony piętnuje się ludzkie grzechy, a samemu nie żyje według głoszonych zasad. Trudno się dziwić, że wielu wiernych odchodzi. Później pojawia się zdziwienie, że kościoły pustoszeją, a opłaty za śluby, pogrzeby czy inne posługi rosną, a za rozwiązanie od zwierzchników katolickich otrzymujemy straszenie, że jeśli wytniemy kościół katolicki ze swojego życia zostanie nam zepsucie, zgnilizna i grzech.
Dlaczego ludzie odchodzą od Kościoła? Może dlatego, że sama wiara to nie wszystko. Liczy się również sposób, w jaki jest przeżywana i reprezentowana.
W poprzednim ustroju, który wielu stąpających po tej ziemi pamięta, Kościół pełnił jeszcze jedną, bardzo ważną rolę – tworzył wspólnotę(i nie rozpatruje czy miał w tym jakiś interes czy nie, bo to oddzielna kwestia). Ludzie przychodzili nie tylko na nabożeństwo, ale również po to, by poczuć, że nie są sami, by znaleźć oparcie w trudnych chwilach, bo PRL to nie tylko śmieszne filmy pełne absurdu, to także opresyjne państwo, gdzie człowiek, zwłaszcza taki o dużym poczuciu wolności, musiał się z nim umiejętnie obnosić, gdyż po drugiej stronie szali było jego życie w najlepszym wypadku wolność lub też opresje dla jego rodziny.
Dziś mam czasem wrażenie, jakby o tej roli kościoła i tej wspólnotowości zapomniano. I na szczęcie wywalczona wolność póki co się w naszym kraju utrzymuje,( choć zapędy dyktatorskie pojawiają się u niektórych polityków z dość częstą regularnością), to jednak ludzie nie są wolni od trosk, trapi ich samotność, choroby, zagubienie w przyspieszającym świecie i właśnie Ci ludzie idąc do kościoła powinni tam znaleźć zrozumienie i wspólnotę. Nie receptę i rozwiązania na wszystkie swoje troski, ale właśnie rolę wspólnotowości, którą kościół powinien się stać.
Póki co wygląda to tak jakby ktoś zbudował piękny dom, zaprosił do niego ludzi, a kiedy już się zadomowili, zaczął coraz częściej ich oceniać, zawstydzać i wytykać im błędy. Krok po kroku. Aż część z nich po prostu wyszła.
I wtedy usłyszeli, że są niewierzący.
Nie wierzę, że ludzie nagle przestali zadawać sobie pytania o sens życia, o śmierć, o to, czy istnieje coś po drugiej stronie. Te pytania zadają sobie zarówno wierzący, jak i niewierzący.
Przypomina mi się zdanie, które kiedyś usłyszałam od jednego z księży na rekolekcjach w szkole podstawowej. Powiedział, że Kościół przez duże „K” tworzą ludzie, a kościół przez małe „k” to tylko budynki.
Ludzie opuszczają dziś kościoły przez małe „k”, ale wciąż szukają Kościoła przez duże „K”. Szukają go w miejscach, gdzie czują się wysłuchani, zrozumiani i przyjęci. Czasem odnajdują go we wspólnocie religijnej, czasem w przyrodzie, czasem wśród bliskich ludzi. Może właśnie dlatego wielu ludzi opuszcza ten drugi, a wciąż szuka pierwszego – w relacjach czy naturze. Jeśli Kościół chce odzyskać zaufanie, musi wrócić do relacji, nie tylko do struktury, bo wspólnoty nie buduje się kontrolą. Buduje się ją obecnością.
Jeżeli wierni poczują, że są ważni, sami będą chcieli wspierać miejsce, które daje im poczucie sensu i przynależności. Ale najpierw trzeba dobrze wykonać swoją pracę – nie tę administracyjną, lecz tę, do której Kościół został powołany.
Wierzę, że dobre intencje potrafią przynieść dobre owoce. A jeszcze lepiej byłoby, gdyby dobro robiło się nie dla efekciarstwa, a dla efektu.
Bo jeżeli ktoś uważa się za naprawdę mądrego, powinien odnaleźć w sobie również pokorę.
A ego… schować do kieszeni.
Bo czemu w życiu ma nie być bosko? ale po ludzku, z całą ludzką ułomnością i błędami, które popełniamy. Być może właśnie od tego zaczyna się wiara – nie od przekonania, że mamy rację, ale od gotowości, by naprawdę chcieć zobaczyć drugiego człowieka.
W przeciwnym razie piekło możemy zafundować sobie już tu, na ziemi.
