Skip to main content

Oda do polskości.

Rozpoczęcie ataku na Iran. Kolejna wojna. Nie rozważam tutaj słuszności czy też jej braku w odniesieniu do postępowania Iranu, który od lat ma niezłą, kolokwialnie mówiąc „odklejkę” od swojego narodu. Ktoś będzie chciał tłumaczyć to kulturą czy religią, a fakty są takie, że obywatele i obywatelki nie mają tam większego prawa wyboru, nie nazywajmy też kulturą ucisku, bo kiedy ludzie wychodzą po swoje prawa na ulicę, nie ma to nic wspólnego z kulturą. To państwo steruje tym prawem w mniejszym lub większym stopniu od lat.

Niemniej jednak ten właśnie punkt na mapie historii skłonił mnie do pewnych refleksji: skoro kilkanaście osób na świecie ma bezpośredni wpływ na życie ośmiu miliardów ludzi, a tych osiem miliardów z kolei nie może lub nie chce tego zmienić, to czy jest jeszcze w ogóle sens przejmować się czymkolwiek?

Pomyślisz: jak to ma bezpośredni wpływ? Przecież czytam w internecie i ludzie sami piszą tam swoje komentarze. Otóż w tym momencie teoria martwego internetu właśnie wciela się w życie – ponad połowa publikowanych opinii to wykreowane boty, stworzone tylko po to właśnie, by mieć wpływ na Ciebie i Twoje zdanie. Często spotykam się z tym, że wyrażamy kategoryczne opinie, a wręcz uważamy się za znawców polityki na podstawie jednej rolki czy serii wykreowanych przez polityków populistycznych haseł.

Co zatem możesz zrobić, by mieć szerszy obraz polityki i jej mechanizmów działania, by wiedzieć, jakie mogą być konsekwencje tych procesów politycznych? Zacznij od historii Polski. Może niekoniecznie od rozbicia dzielnicowego –choć jego skutki w pewien sposób odczuwamy jako naród do dziś – ale tak od siebie od razu podpowiem: zacznij od rozbiorów i konfederacji targowickiej. Przejdź następnie przez obie wojny światowe, odzyskanie niepodległości, okres stalinowski, PRL i wreszcie wolną Polskę. Nie daty, a analiza zjawiska, działania i konsekwencje. Tylko musisz przejść przez to wszystko rzetelnie – nie jak przez Instagrama czy TikToka, żeby jednym uchem wpuścić, a drugim wypuścić.

Weźmy chociażby konfederację targowicką. Sprawdź, kto brał w tym udział, jak to się zaczęło, kto z kim trzymał i jakie były skutki? Zobacz, czy widzisz analogię do dzisiejszych czasów. Jeśli współcześni będą stąpać tą samą drogą, łatwo będzie przewidzieć, co nas czeka.

W odwołaniu do wojen – zarówno pierwszej, jak i drugiej – spójrz na nią dwojako. Z jednej strony pod kątem działań i bitew, jakie prowadzono, oraz ich następstw. Z drugiej strony spójrz z perspektywy społeczeństwa – jak wielkie piętno odcisnęło to w ludziach. Posłuchaj świadectw i zobacz, czy to nie jest najwyższy czas, by powiedzieć „basta”, zanim skłócimy się do tego stopnia, że brat na brata będzie donosił. Zanim dojdziemy do momentu, kiedy wszystko zrównamy z ziemią, zamienimy w proch i pył, i dopiero wtedy– wśród zgliszczy i przesiąkającej krwią ciszy – podamy sobie ręce, by z tymi, którzy przetrwali, budować coś na nowo. Mimo, że historię mierzymy linearnie, to ona wciąż zatacza koło.

Już w 1984  roku pisał Ryszard Kapuściński w swoim „Zegarze piaskowym” :

„W dobie natłoku, przepychu i gąszczu informacji trudniej zdobyć nam się na dystans, wyjść z tych wszystkich wydarzeń i spojrzeć z góry, szerzej… to ogłuszenie i zagubienie czyni człowieka podatnym na manipulację, osłabia czujność, przytępia zdolność sądzenia…”

Dużo można nam wmówić, ponieważ ze wszystkich krańców naszego niespokojnego, nieobliczalnego świata płyną informacje w takich ilościach i w takim tempie, że nie sposób niczego sprawdzić, ustalić, potwierdzić.

I tak, prowadzeni przez tę propagandę, lecimy bezmyślnie w otchłań emocji – od skrajnej nienawiści do skrajnej miłości i z powrotem, tylko czasem zatrzymując się gdzieś w umiarze. A to właśnie w umiarze powinniśmy spędzać większość naszego czasu. Odnoszę czasem wrażenie, że jesteśmy w stanie budować coś do pewnego momentu, a później – gdy nikt nas nie chwali, gdy panuje względny spokój i umiarkowanie sami zaczynamy poszukiwać skrajnych emocji – doznajemy swoistego rodzaju frustracji i złości. Dobrze, zatem jeśli to ma pomóc, gwarantuję Ci: jesteś bardzo dobrym człowiekiem. Być może postępowałeś nieetycznie z wielu powodów, ale naprawdę -jesteś super gość. Tylko wiesz co? Chodzi o to, żebyś przede wszystkim Ty sam w to wierzył. By nikt nie musiał Ci tego powtarzać, bo wówczas nie będziesz miał potrzeby wyładowywania się na innych.

Wracając do chronologii historii:  prześledź działania partii politycznych, które powstawały i upadały po 1989 roku. Jak rodziły się sojusze i jakie były ich działania. Porozmawiaj lub posłuchaj ludzi, którzy byli w centrum tych wydarzeń, pozadawaj im pytania. Mnie jest trochę łatwiej, bo śledzę to na bieżąco już od jakichś 24 lat. Tyle że w ostatnich latach robię to z coraz mniejszą pasją, bo polityka przestała przypominać szachy — dziś znacznie bliżej jej do warcabów.

Wytworzyła nam się jakaś „poplityka”. Gra na najbardziej prymitywnych emocjach. Kto komu bardziej przygada, ten wygrywa. WOW, naprawdę? Banalnie proste. Każdy potrafi przygadać, a spróbuj poszukać rozwiązania zamiast przygadywać. No to już jest nieco bardziej skomplikowany proces.

Niedawno ze znajomą mi osobą wspominaliśmy z rozrzewnieniem czasy, kiedy bardziej „popowe” momenty w Sejmie, trafiające na ekrany telewizyjne, były rzadkością – jak powiedzmy podskakujący poseł Janowski czy Marszałek Senior, któremu to „staje w sejmie czy też przyszło stawać”. Natomiast dziś codzienni krzykacze przejmują scenę polityczną i w tym wszystkim giną realne sprawy, którymi należy się zająć. I tak, konserwatywna prawa strona rozpoczęła te działania, gdy prawica bardziej liberalna, centrum i lewica jeszcze trochę się wzbraniały, próbując zachować standardy. Natomiast gdy poparcie zaczęło im brutalnie spadać, dołączyli do wesołej wataszki w przepychankach. Dali się wciągnąć w tę grę, bo w gruncie rzeczy nie mieli wyjścia. Z drugiej strony, trzeba mieć cojones, by wyznaczać standardy, a nie podążać za tłumem i mówić, że się nie da. Mamy przecież przykłady, że można inaczej – że nie trzeba zwozić ludzi do urn za kiełbasę czy obiad. Wystarczy z nimi  porozmawiać, chcieć wysłuchać i zająć się ich realnymi problemami. Zamiast szukać „sprytnych” spindoktorskich sztuczek pt. „jak omamić wyborców?”, wystarczy wykonać wobec nich rzetelną pracę. Pokazuje nam to choćby przykład węgierski.

W istocie chcemy tego samego – dobra naszego kraju. Tylko każdy zmierza tam inną drogą. By tam dotrzeć razem, należy znaleźć punkty wspólne na naszych mapach, a nie non stop wytykać różnice. Trzeba prowadzić dialog, wypracowywać kompromis, a czasem twardo trzymać się swojego zdania i logicznie wskazać, dlaczego ono jest lepszym rozwiązaniem. No ale kto ma to zrobić, skoro politycy od lat pokazują nam – nawet w programach publicystycznych – że przychodzą tam tylko po to, by wygłosić oświadczenie albo udowodnić z góry założoną tezę? W takim wypadku dyskusji brak, porozumienia brak, zostaje tylko niesmak. No i strata czasu. Lepiej już iść posprzątać w ogródku, czy umyć naczynia niż słuchać tych wypocin, albo zadzwonić do kogoś z rodziny i powiedzieć: „Wiesz co, nie kłóćmy się o nich, im na nas nie zależy”. Z tego będzie więcej pożytku. Chyba też zapomnieliśmy, że w każdym momencie możemy się z partią polityczną nie zgodzić, możemy ją dalej popierać, ale nie być wpatrzonym jak w obrazek i korygować ten kurs. Może pomyślisz sobie teraz no tak, ale musiałbym cały czas być na bieżąco, codziennie z tą polityką, a ja chcę odpocząć, ale czy tak właśnie nie dzieje się teraz czy gierki polityczne nie wkradły się w każdą przestrzeń naszego życia, kulturę, sztukę, rodzinę, religię, szkołę, sport? Czy nie warunkujemy naszych znajomości od tego jakie kto ma poglądy, nie oceniamy ludzi przede wszystkim czy ktoś jest z lewa z prawa czy ze środka? Czy nie patrzymy na sportowca czy aktora nie przez pryzmat tego jak gra, ale z kim stał na zdjęciu, kogo popiera lub na kogo zagłosował? Ba nawet na własna rodzinę tak patrzymy i to nie zastanawiając się dlaczego? Jakie miał powody, tylko od razu oceniamy.

Każdy z nas może zadać sobie pytanie pod koniec dnia: czy postąpiłem dziś dobrze? Dlaczego zezłościłem się na panią w sklepie czy w banku? Co takiego się wydarzyło? Czy nie powinienem kogoś przeprosić? Dlaczego wezbrała we mnie złość? Dlaczego ten ktoś w mediach próbuje mi zohydzić tamtą drugą osobę? W ten sposób możemy tę kulę nienawiści nieco rozpuścić, jakby była kulą do kąpieli, a nie umacniać ją niczym twardy głaz. Bo jak ten głaz stoczy nam się na łeb, to nie będzie patrzeć, kto się do niego dokładał, a kto nie. Dokładnie tak, jak działo się podczas II wojny światowej i tuż przed nią. Już wcześniej rozpoczęły się podjudzania – najpierw słowne, wytykanie palcami, wskazywanie, że ktoś nam coś zabiera, że prowadzi lepiej prosperujący interes itd. Z sąsiadów powoli zmieniali się we wrogów, później dochodziło do pojedynczych napaści i wyzwisk, a na koniec – do zamknięcia w stodole i spalenia, jak w Jedwabnem. A to wszystko pod wpływem podszeptów, namawiań, podżegania i całkowitego braku samodzielnego myślenia.

Albo nie znamy zbyt dobrze historii, albo bardzo szybko o niej zapominamy. Każdy z nas by chciał, żeby odcinek serialu pod tytułem „Życie” zawsze kończył się dobrze. Musimy zdać sobie sprawę, że jest to myślenie naiwne i dziecięce, a my jesteśmy przecież dorośli. Ale jest w tym dobra wiadomość: możemy działać jako dorośli, bo jako dorośli jesteśmy sprawczy. Nie na miarę komiksowych superbohaterów, ale na miarę naszego człowieczeństwa.

 

Obecnie historia powoli zatacza koło. Jesteśmy na drugim etapie, wyszliśmy z samych ataków słownych bo już zdarzają się incydenty napaści czy opluwania tylko z tego powodu, że ktoś jest z Ukrainy albo ma inny kolor skóry. No to powiem Ci jedno: to nigdy nie krzywdzi narodowość ani kolor skóry. To zawsze krzywdzi człowiek. To może być Polak, Niemiec, Rosjanin, Hiszpan, Ukrainiec, Norweg, Francuz czy Amerykanin – kogokolwiek sobie tutaj wpiszesz. Być może większość buduje swoją nienawiść do naszych sąsiadów mając przed oczami zbrodnie UPA, tylko proszę pamiętać, że z rąk banderowców ginęli także Ukraińcy stawający w obronie swoich polskich sąsiadów. Nie możemy też traktować historii wybiórczo, więc przypomnijmy sobie co, a raczej kto to były tulipany. Tak wojsko polskie w latach 30. wieszało ukraińskie dziewczęta, głowami w dół a ich spódnice przypominały kształtem kwiat tulipanu. I możemy tak w kółko wypominać kto komu i za co, tylko tak nic nie zbudujemy. Tak zrujnujemy. Zrujnujemy kolejne pokolenia i obarczymy je traumą wojny, której rykoszetem jak w każdej wojnie oberwą wszyscy.

Rozstrzygnij to sobie w swoim sumieniu, bo najbardziej przez te idiotyczne wojny cierpią jednostki, a nie ci, którzy je wywołują. Jesteśmy pionkami i mięsem armatnim w rękach tych, którzy rozpoczynają konflikty.

Bardzo dobrze uwidocznione jest to w książce Magdaleny Rigamonti „Niewygodni”, gdzie ci, którzy przeżyli wojnę, opowiadali o niej, o tym, co przeszli, jakie piętno na nich odcisnęła i co im się przydarzyło – bez względu na to, jakiej narodowości byli. Opowiadali między innymi o tym, jak mogli tylko raz dziennie wejść na belkę i kucnąć nad wielką dziurą wypełnioną fekaliami, by móc załatwić swoje potrzeby fizjologiczne w wyznaczonym czasie. Kto nie zdążył, musiał czekać na następny dzień, a kto nie utrzymał równowagi i wpadł – ten się tam topił. Tak jesteśmy w stanie odczłowieczyć kogoś i umniejszyć czyjemuś życiu tylko dla własnych korzyści. Życiu, które przecież ponoć dla wielu jest najwyższym darem.

Pomyśl chwilę nad tym, wyobraź sobie tę sytuację. Jak się teraz czujesz w chwili, kiedy w luksusie możesz iść do swojej toalety i zastanawiasz się, czy „na dwójkę” wziąć sobie gazetkę, czy smartfon? Pamiętaj o tym, jak następnym razem przyjdzie Ci narzekać na byle co albo bezrefleksyjnie o kimś wyrazić. Zastanów się, czy chcesz odczłowieczać jego, ale i siebie – bo chyba tylko bestie mogą tak postąpić z drugim człowiekiem.

My niejednokrotnie rzucamy wielkie słowa, a mało kto się zastanawia, co powinno za nimi stać. Nie zawsze ten, kto popularnie mówiąc „drze ryja”, ma rację, i wcale nie trzeba upamiętniać ważnych świąt państwowych racami. Można być dumnym także godnie. Proszę bardzo, poznaj Polskę. Najpierw się po niej przejedź, poznawaj historię, kulturę lokalnych  miejsc. Chwal się nią za granicą, zapraszaj innych do naszego kraju, by poznali go turystycznie – a uwierz mi, jest się czym chwalić. Nie śmieć w lesie, na szlaku. Nie zgrywaj chojraka, że za nic masz tabliczki ostrzegawcze. Nie bez powodu ktoś postawił zakaz wejścia, chce chronić to miejsce, by kolejne pokolenia też mogły się nim cieszyć. Nie bądź samolubem. Przyroda bez nas sobie poradzi, a my bez przyrody nie. Ona ostatecznie pochłonie to, co człowiek bezmyślnie obrócił w ruinę.

Pamiętaj! Ludzie nie nabierają się na propagandę dlatego, że są niemądrzy, tylko dlatego, że jest to sprytny mechanizm, który bezczelnie hakuje nasze myślenie. Po krótce powiem Ci, jak to działa. Nasz mózg z natury dąży do heurystyk, czyli uproszczeń. Wybiera je, bo łatwiej jest mu coś przyswoić. Odrzuca zatem naukową metodę analizy faktów oraz logiczne myślenie (dedukcję i indukcję), a zaczyna kierować się emocjami. A na emocjach propagandzie pracuje się najlepiej, celowo wyłącza logiczne myślenie, a włącza silny strach  czy gniew. Logiczne jest to, że każdy z nas chce zadbać o bezpieczeństwo swojej rodziny – i to jest oczywiste. I zamiast zastanowić się, czy wokół jest jakieś realne niebezpieczeństwo, a jeśli tak, to jak mogę na nie zareagować, to tu propaganda podmienia tę logikę i mówi: „Twoja rodzina będzie bezpieczna tylko wtedy, gdy będziesz nienawidzić sąsiada, bo to on zagraża Tobie i Twoim bliskim”.

I ziarenko zostaje zasiane. Najpierw myślisz sobie: „Ale nie, przecież do tej pory nic mi nie zrobił”. Jednak już zaczynasz mu się baczniej przyglądać, krążysz wzrokiem wokół jego posesji… Później, według kolejnych kroków propagandy, należy umocnić powtarzane bzdury, więc słyszysz to jeszcze raz, i drugi, i kolejny… I myślisz sobie: „No nie, coś w tym jednak musi być”. Zaczynasz nagle zauważać, że jakiś przypadkowy kamyk z działki sąsiada znalazł się na Twojej posesji. A przecież mówili, że to bałaganiarz i śmieciarz, i pewnie zaraz zacznie mi zwozić swoje odpady na moje podwórko, i że sąsiedzi jego dziadka mówili, że też tak kiedyś senior rodu robił, więc pewnie wnuk zrobi tak samo. I już masz w sobie dużą złość na sąsiada, który de facto nic złego Ci nie uczynił. A kiedy ta złość ugruntuje się w Tobie na tyle, że chcesz coś z tym zrobić, wówczas znów wjeżdża propaganda i mówi: „Nie obawiaj się, my wiemy, jak sobie z nim poradzić, daj nam działać, już nie musisz myśleć, tylko bądź po naszej stronie”. Tak właśnie działa propaganda. Gdy następnym razem włączysz jakiś filmik w sieci, zastanów się i zadaj sobie pytanie: co autor chce osiągnąć? W co chce, żebym uwierzył?

Kolejnym łatwym krokiem dla zastosowania propagandy jest podział na MY i ONI. Znajomy zapewne dla roczników, które przeżyły komunę – wówczas też byli „my” i „oni”. Rozumiem tęsknotę za latami młodości, bo najczęściej idealizujemy tamte czasy – że było tak fantastycznie, że „kiedyś to były czasy, a teraz to nie ma czasów”. Rozumiem, że za młodością można tęsknić, ale gdy zdejmiemy z niej romantyzm, to chyba nikt z nas nie tęskni za tym, że ludzie byli wobec siebie podejrzliwi. Za tym, że nie można było bezkarnie wypowiadać własnego zdania, a represje wymierzane były nie przez sądy w uczciwym procesie, ale według widzimisię urzędnika czy funkcjonariusza, który akurat zajmował się sprawą. Po 1989 roku dostaliśmy wybór i przestrzeń, byśmy mogli być różnorodni. Niektórym trudno się w tym odnaleźć. Jak to kiedyś powiedziała jedna Rosjanka na lotnisku: „wy Poljacy lubicie jak się was za mordę trzyma”. Być może, i tez trudno się dziwić jak się młodość spędziło w systemie, który tak właśnie robił.

Pamiętaj też, że polityka często podrzuca nam tematy zastępcze, jak chociażby to, jak się do siebie wzajemnie zwracać. Rozumiem, że to jest temat, który podsyca emocje i różni Polaków, ale pamiętaj również, że nie jest to coś, co decyduje o przetrwaniu kraju. Pomyśl logicznie: nie wiesz, jak się do kogoś zwracać? Zwracaj się tak, jak chcesz, byle z szacunkiem. Jeśli ktoś powie: „Przepraszam, ale jestem kobietą/mężczyzną”, wówczas powiedz po prostu: „O, przepraszam” i zacznij zwracać się poprawnie. Niejeden raz zapewne przydarzyła ci się taka sytuacja i to nic złego, że do niej doszło, bo bywa tak w kontakcie z osobami, które nie zmieniały tożsamości płciowej, a po prostu z natury mają więcej cech męskich lub żeńskich.

Właśnie pokazuję Ci, że to jest problem, który można rozwiązać jednym zdaniem. Tymczasem propaganda natychmiast złapała ten jak i inne tematy, które są wodą na ten młyn podziałów i wprowadziła głębokie cięcie na „my” i „oni”. Na „prawdziwego Polaka” i „gorszy sort”. Na prawaków i lewków. I nie masz innej opcji. No to właśnie pokazuję Ci, że masz, możesz mieć własne przekonania i własne zdanie. Możesz różnić się z sąsiadem, ale traktować go z szacunkiem.   Mało tego możecie różnić się w jednej kwestii, a zgadzać w drugiej.

Partie polityczne też są różne, tylko tak się maskują, żebyśmy za bardzo nie wiedzieli co, gdzie i jak. Przykład: PiS występował z programem 500+, mówił, że jest partią prawicową, podczas gdy taki program socjalny jest przecież podręcznikowo charakterystyczny dla lewicy. Czyli gospodarczo mamy lewicę, a światopoglądowo konserwatyzm (oczywiście tylko oficjalnie głoszony, bo jak dobrze wiemy, elementy hipokryzji w postaci kilku małżeństw, rozwodów i dzieci z in vitro, którym prawica jest przeciwna tam się regularnie pojawiały). Dlatego też osobiście wolę partie liberalne światopoglądowo, które nie przywiązują uwagi do tego, kto co ma pod kołdrą czy w co wierzy, o ile nie krzywdzi tym drugiego człowieka. Bo to zupełnie zrozumiałe, że małżeństwo może się komuś w życiu nie udać mimo największych starań i nie ma sensu unieszczęśliwiać się przez lata i tym bardziej nie widzę powodu by kogoś za to piętnować. Kimże my jesteśmy? W końcu tylko ludźmi. Nie Bogami. Weź rozwód, żyj swoim życiem, tylko nie zabraniaj tego komuś innemu i nie krzycz publicznie, że jesteś temu absolutnie przeciwny. Wystarczy, że każdy z nas przypilnuje tylko jednej osoby – samego siebie. Tylko tyle i aż tyle. Pamiętaj też, że wcale nie musisz bezkrytycznie opowiadać się po żadnej ze stron. Możesz zgadzać się z politykami w jednej kwestii, a w innej już zupełnie nie – nie musisz ślepo za kimś podążać.

Istotą demokracji jest dialog i porozumienie. Wydaje się, że w ostatnich latach kompletnie zatracamy zdolność komunikacji, a dyplomacja idzie w całkowite zapomnienie. A pamiętajmy, że dyplomacja to nie tylko trzy ukłony w przód i licytowanie się, kto przechodzi pierwszy po dywanie. To jest akurat część protokołu dyplomatycznego – również istotna, a ostatnio tak często łamana jako element ustalonych zasad, jako uniwersalny język komunikacji między krajami i wreszcie jako podstawowe narzędzie do porozumienia i rozwiązywania konfliktów. Najprościej mówiąc: jak wykluczymy dyplomację, to co nam pozostaje? Wojna.

Wybór należy do nas.

Wracając jeszcze do historii Polski: nasz kraj był dzielony i rozszarpywany najczęściej wtedy, gdy naród był wewnętrznie osłabiony i skłócony. Zastanów się, jakie dobro nadrzędne Ci przyświeca. Czy nie warto zakopać toporów wojennych po to, by Polska była silniejsza? Czy nie warto się przemóc i nie nienawidzić kogoś tylko za to, że ma inny kolor skóry, wierzy w coś innego, śpi z kimś innym czy słucha innej muzyki. Polska jest na tyle duża, że wszyscy się tutaj pomieścimy. Tylko chyba już najwyższy czas nawiązać realny dialog.

I jeśli ktoś z ekranu będzie chciał znowu napuścić Cię na jakieś wyimaginowane zagrożenie, zapytaj: dlaczego to robi? Czemu to służy? Jakie jest realne zagrożenie? Co takiego ten ktoś Ci osobiście zrobił? I co poza tym, że kogoś nienawidzisz i mnie nim straszysz, to jak realnie chcesz mi pomóc? Jak chcesz rozwiązać rzeczywiste kłopoty ochrony zdrowia, które są lub zaraz się pojawią jak chociażby opieka geriatryczna? Skupiamy się dziś na tym, że poródówki się zamykają, taka jest tendencja i nie odwrócimy jej już, natomiast za chwilę zastuka do nas właśnie problem braku opieki osób starszych, bo społeczeństwo mamy starzejące się.  Jak chcesz odświeżyć program edukacji, żeby dzieciaki nie były zagubione, wychodząc ze szkoły, i wiedziały, gdzie chcą dalej pójść i kim chcą w życiu zostać? Jak chcesz rozwiązać problem najbiedniejszych, bo uwaga aż 2 miliony osób żyje w Polsce w SKRAJNYM ubóstwie. Zatem drogi polityku, Ty mi nie mów, jak moja rodzina ma wyglądać i z kim mam się kolegować. Ty wykonaj swoją pracę rzetelnie – chcesz być politykiem, to pracuj odpowiedzialnie jak na  polityka przystało.  To w końcu zawód zaufania publicznego. Następnym razem zamiast w programach publicystycznych dzielić włos na czworo, czy na rolkach udowadniać kto ma rację, wskaż mi rozwiązania jakie wymyśliłeś, jak one zadziałają i jakie mieć będą konsekwencje dla narodu.

Mówią, że przykład idzie z góry. Myślę, że czas najwyższy, abyśmy to my, obywatele, dali politykom przykład z dołu. Jeśli my się porozumiemy, oni nie będą mieli wyjścia – będą musieli zacząć rozmawiać, by zadbać o nasze sprawy i podjąć dialog jak dorośli ludzie, a nie przekrzykiwać się bez końca jak dzieci w piaskownicy.

A zatem wracając do pytania z początku: czy jest sens przejmować się światem, skoro kilka osób podejmuje decyzje za miliardy? Myślę, że właśnie dlatego jest sens. Bo wielkie wojny zaczynają się od małych podziałów, ale pokój również zaczyna się od małych rzeczy, małych ziarenek.  Od rozmowy z sąsiadem. Od tego, że nie damy się sprowokować. Od tego, że zamiast powtarzać cudze emocje, spróbujemy pomyśleć samodzielnie. Pamiętaj, że cierpliwy palcem dół wykopie. Historii nie zmienimy, ale mamy wpływ na to, jaką historię napiszemy jutro.