Skip to main content

Europejski długodystansowy szlak pieszy oznaczony symbolem E3 jest znakowanym szlakiem turystycznym, jednym z 11 europejskich szlaków wędrówkowych. Przebieg szlaku E3 łączy brzegi Atlantyku z Morzem Czarnym. Jego długość wynosi ok. 7500 km w 12 krajach: Turcji, Bułgarii, Rumunii, na Węgrzech, na Słowacji, w Polsce, Czechach, Niemczech, Luksemburgu, Belgii, Francji i Hiszpanii. W Turcji i Rumunii trasa szlaku nie jest jeszcze zaplanowana, ani tym bardziej wyznakowana w terenie. Odcinek z Węgier do wschodniej części Niemiec pokrywa się w większości z przebiegiem dawnego Międzynarodowego Górskiego Szlaku Przyjaźni Eisenach – Budapeszt, który włączono w trasę E3 po upadku socjalizmu w Europie wschodniej. W Bułgarii pokrywa się z trasą szlaku Kom – Emine, który przebiega cały kraj grzbietami Starej Płaniny.

Przebieg szlaku w Polsce Szlak E3 w Polsce składa się z 2 odcinków: sudeckiego i karpackiego. Pierwszy prowadzi przez większość pasm górskich Sudetów z Jakuszyc (koło Szklarskiej Poręby) do Boboszowa (koło Międzylesia). Jest znakowany kolorem niebieskim   (jedynie odcinki łącznikowe prowadzące do granicy państwa kolorami zielonym   i żółtym ). Długość tego etapu to ok. 300 km. Odcinek karpacki jest połowę krótszy, z długością około 160 km. #E3dlaPolaków, bo tak z przymrużeniem oka nazwaliśmy ten projekt, (ale również dlatego że jako pierwsi spróbujemy go przejść)obejmuje trasę prowadzącą przez 12 krajów Europy. Hiszpania (ok.840km)Francja (ok 964km)Belgia (ok. 174km)Luksemburg (ok.235km) Niemcy (ok.1172km) Czechy (ok.743km) Polska (ok.460km)Słowacja (ok. 491km)Węgry (ok.293km)-Rumunia (ok. 670km)Bułgaria (ok. 700km)Turcja (ok. 400km) Razem ok 7200km trekkingu. Zamierzamy rozpocząć z początkiem marca i iść(ok.30-40km dziennie) do września. Podróż obejmie wyznaczony szlak z Santiago de Compostela do Stambułu w Turcji.  Odcinek turecki i rumuński nie jest jeszcze wyznaczony, ale po przeanalizowaniu trasy i wytycznych, uznaliśmy, że damy radę się z nimi uporać.

PROJEKT W LICZBACH

  • 2 OSOBY
  • 12 KRAJÓW EUROPEJSKICH
  • 200DNI TREKKINGU
  • 7200 KILOMETRÓW
  • CO Z TEGO BĘDZIE?

Zanim wyruszymy, czekają nas spore przygotowania. Kompletowanie sprzętu, butów, których potrzeba będzie ok 12 par. Musimy również wytyczyć miejsca do których zostaną dostarczone. Wyznaczyć punkty w których będziemy nocować(poza namiotem, który awaryjnie będziemy mieć przy sobie.) Prócz niezbędnych do przetrwania rzeczy, chcemy zabrać ze sobą mnóstwo „pomocy” do ładowania sprzętów takich jak telefon, laptop, kamerka. Zaplanowaliśmy, że będziemy wam zdawać relacje w miarę możliwości regularnie z poszczególnych miejsc na mediach społecznościowych, poza tym zbierzemy materiały, którymi podzielimy się po zakończeniu projektu. Szukając materiałów do wyprawy, okazało się, że jest ich naprawdę niewiele. Uznaliśmy zatem, że powstanie przewodnika po szlaku znacznie ułatwi kolejnym wędrującym przygotowania. Oprócz tego jest to szlak turystyczny więc widoków zapewne nam nie zabraknie. Aby podzielić się z wami tymi cudeńkami natury, zamierzamy zmontować film z kamerek go pro. Będzie on z dwóch perspektyw-okiem Milki i Marmola. Wyprawa ma również na celu promowanie turystyki pieszej, zdrowego stylu życia, poznaniu Europy turystycznie oraz promocji Polski i zachęcenie do jej zwiedzania.

Pierwszy dzień.

Dzień pełen wrażeń, tak mogę go śmiało nazwać, bo działo się wiele. Poczynając od wylotu z Berlina, gdzie myśleliśmy, że maseczki i żel do rąk, które wzięliśmy z domu, z powodu panującej epidemii koronawirurasa, to będzie zdecydowanie za mało. Okazało się jednak, że prawie nikt na lotnisku nie ma maseczki, tak samo w Madrycie, gdzie mieliśmy przesiadkę. A kiedy dotarliśmy do Santiago i spotkaliśmy Polaka mieszkającego tam,(co jak okazało się jest rzadkością w tamtej okolicy), to powiedział, że jak wyjdziemy w maseczkach to nas wyśmieją lub pomyślą, że to my jesteśmy na coś chorzy. Także, można by wywnioskować, że im dalej na południe tym zasięg wirusa(przynajmniej w mentalności mieszkańców) się zmniejsza. Wracając do mniejszości polskiej w Santiago, to po kryzysie pozostało ich tu raptem ok. 30, (a przypomnę, że wg Wikipedii Santiago de Compostela ma ponad 90 000 mieszkańców) i średnio raz w miesiącu organizują sobie spotkanie dla tutejszej Polonii. Zatem spotkać tu Polaka, to jak trafić szóstkę w totka i nam się udało. A dzięki temu, dowiedzieliśmy się znacznie więcej o miejscowych niż tylko to, że nie życzą sobie najbardziej rozpowszechnionego na dzień dzisiejszy wirusa. Jedną z ciekawostek, która przypadła mi do gustu i zapadła w pamięć, jest zwyczaj studencki kultywowany na zakończenie ostatniego roku. Otóż w Santiago są knajpy o nazwie Paryż i Dakar i studenci, którzy ukończyli naukę idą od Paryża przez wszystkie knajpy w miasteczku, aż po Dakar. Niestety jak wiadomo z lokalnych opowiastek, większy jest odsetek procentowy kończących studia niż ów rajd. Co do samego miasteczka, to nie wiem czy to powietrze, budynki czy pogoda sprawiły, że latam po nim jak naćpane słodyczami na święta dziecko, ale rzeczywiście, mimo, iż niewielkie, to jest to godne miejsce do polecenia na zwiedzanie. Urokliwe uliczki, dzieła architektury w stylu romańskim, parki, lokalne restauracje z pysznie wyglądającymi tapasami. Jeden dzień, a właściwie kilka godzin, to zdecydowanie za mało, by dokładnie opisać Santiago, a jednocześnie wystarczająco, by zorientować się w jakim miejscu jesteśmy i wśród jakich ludzi. Galicja, to piękny region, trochę oderwany od reszty świata(świadczy o tym choćby, niemożność zapłacenia kartą jeśli nie pochodzi z lokalnego banku, mimo iż godzinę wcześniej płaciłeś nią w Madrycie i działała), ale to jest Galicja, dostosuj się albo giń, jak próbował nam to wyjaśnić napotkany rodak. Nie mam z tym problemu, zawsze jak gdzieś się wybieram biorę przede wszystkim pod uwagę zwyczaje tubylców. Mimo swoich ram, miejscowi są bardzo otwarci i przychylni dla turystów.

Dzień 2.

Co myśmy najlepszego zrobili? Jest 20.39 a ja pocieram oczy ze zmęczenia i próbuję sobie przypomnieć, co dzisiaj robiliśmy i czy to było dziś czy tydzień temu??? a nie przepraszam, my dopiero ruszyliśmy. Ruszyliśmy z Santiago spod katedry i rzeczywiście szlak Świętego Jakuba jest doskonale oznakowany, tyle, że w drugą stronę, czyli do Santiago. My jako nieliczni, a być może jedyni ruszyliśmy pod prąd. Więc, żeby się nie gubić, co jakiś czas musieliśmy oglądać się za siebie. Jak by tego było mało, to jeszcze każdy napotkany pielgrzym lub tubylec próbował nas „nawracać” nas na właściwą drogę. Za każdym takim spotkaniem musieliśmy tłumaczyć, że my w drugą stronę, bo wystartowaliśmy z Santiago i dokąd idziemy. Rozmowa wyglądała mnie więcej tak, że tubylec krzyczał coś po hiszpańsku i machał rękami, my nie wiedząc, co to znaczy, odpowiadaliśmy po angielsku, że my w druga stronę, a on nie rozumiejąc nas, mówił, że rozumie i tak każdy zadowolony i dogadany, ruszał w swoją stronę. Także nie martwcie się brak znajomości języka, to nie jest powód, żeby się z miejscowa ludnością nie dogadać. W razie czego, w telefonie macie jeszcze tłumacz googla z którego możecie skorzystać. Przez ostatnie 3km trasy do Pedruzo szliśmy z Panią, która jechała z nami autobusem z lotniska do Santiago. Ona ni w ząb po angielsku ja kilka słów po hiszpańsku, ale i tak czas i rozmowa miło zleciała, trochę na migi, trochę z googla i jakoś, poszło. Najzabawniejsze w tym wszystkim są kalambury, kiedy trzeba rozszyfrować, co dana strona chce na przekazać. Dziś Pani słysząc, że trochę już się męczę z tym plecakiem, zatrzymała mnie, zaczęła pokazywać na nos, a ja przytaknęłam, że mam i wyciągnęłam chusteczki higieniczne. Dopiero kiedy powiedziała coś w rodzaju „rescutado”, pojęłam, że chodzi jej o oddech i daje mi radę jak mam oddychać, by lepiej mi się szło. Po dotarciu do miasteczka i miejsca odpoczynku, czyli domu pielgrzyma, pierwszym co zrobiliśmy, było przygotowanie ciepłego jedzenia, a następnie prysznic. Później był czas na to, by ogarnąć inne rzeczy i przygotować się do kolejnego dnia wędrówki. Jedną z nich były zakupy w miejscowym supermerkado, gdzie za 5 euro, kupiliśmy chleb tostowy, trzy pasztety i słoik dżemu, czyli racja żywieniowa na kolację, śniadanie i cały dzień chodzenia dla dwóch osób. Innym sposobem na zaoszczędzenie kilku groszy, było pranie w naszej torbie pralce Bubble, mimo, że do prania na początku daliśmy za mało płynu, a za dużo wody, to i tak efekt końcowy był zadowalający. Pierwsze koty za za płoty.

Dzień 3.

Dzień dramat. Szczerze mówiąc wolałabym tego dnia nie pamiętać i pewnie niedługo zapomnę, ale jedyne z czym mi się kojarzy to z uciskiem na plecach jakby, ktoś położył mi kamień i kazał z nim iść. Jedyne, co ratowało mnie by nie pieprznąć tym całym majdanem, była cudna, niemalże letnia pogoda i widoki dookoła. Taak to ewidentnie za każdym razem przedkłada się nad jakikolwiek ból. Po ok 22km dotarliśmy do miejscowości Arzua. Było, to większe miasteczko, ale ze względu na porę(sobota popołudnie) wszystko prócz lokalnych pubów i jednego supermarketu było pozamykane. W naszej noclegowni, spaliśmy tylko my i jeszcze jeden turysta z Barcelony. Warunki w Albergue(dom pielgrzyma, noclegownia) były dobre, jak w każdym chyba, jedynym minusem był brak ogrzewania. W śpiworkach było ciepło i przytulnie, ale weź wyskocz z niego teraz do wc. Po codziennych „domowych” obowiązkach, ustaliliśmy, że jutro idziemy do następnej miejscowości i tam zmieniamy swoje życie…

Dzień 4.

Pod zmianą życia nie mieliśmy na myśli zakupu kostiumów Batmana i Robina i chodzeniu tak po mieście, czy znalezieniu pracy w hiszpańskim miasteczku i pozostaniu tu na wieczność. Postanowiliśmy wcielić w życie plan geniusz(jak cię plecak do gleby przygniata, to szybciutko coś wymyślisz, żeby się podnieść). Stwierdziliśmy, że chcąc robić dwukrotny kilometraż musimy odciążyć plecaki, a w późniejszym czasie zamienić na lżejsze. Te które mamy są bardzo w porządku, mają wiele przegródek, ale jednak dźwiganie takiego stelaża na długości tej trasy mija się z celem. Zatem już po ponad 3 godzinach przemaszerowaliśmy z Arzua do Melinde (ok 17km, tak myśl o lżejszym plecaku niosła nas razem z ciężkim). Mieliśmy sporo czasu na oporządzenie, zrobienie prania, zakupów, a że to akurat 8. marca czyli dzień kobiet zjedliśmy z tej okazji posiłek w knajpie, a nie fasolkę z puchy (ale na deser i tak był słoik dżemu).Knajpka nazywała się Casa Alongos, znaleźliśmy ja na Tripadvisor i miała bardzo dobre opinie, a w dodatku przystępne ceny. Od 4-12 euro. (Za 5,5 można zjeść ogromnego burgera). Atmosfera oceniona na 5. i wszystko się zgadzało, było jak w domu, panie kelnerki i kucharki, opowiadały o daniach, pytały skąd jesteśmy i co jakiś czas podchodziły do gości pytając czy smakuje i czy nic nie trzeba. Ach znowu się rozmarzyłam. Wracajmy do rzeczywistości. Zatem jurto robimy odsyłkę i pewnie więcej km, a niech nas niesie, a co tam. Górki już na nas czekają i morale wzrosły.

Dzień 5.

Dziś dobry tajming i przebieg 40km w niecałe 9 godzin (i to wszystko łącznie z przerwami). Odchudzanie plecaków pomogło, u mnie z 18kg do 9,5-10kg w zależności ile wody doleję. Marcina z 20kg do 17,ale za 3dni będziemy odchudzać go bardziej. Poza tym pogoda póki co nam sprzyja, a napotkani ludzie uskrzydlają. Z racji tego, że tylko my idziemy pod prąd, wiele osób pyta dokąd idziemy, skoro nie do Santiago. Kiedy odpowiadamy, są pod wrażeniem i bardzo im się projekt podoba.  A dobre słowa ładują energię na dalszą podróż bardziej niż tabliczka czekolady. Dlatego dziś serdecznie pozdrawiamy ekipę mega pozytywnych osób, którzy zjechali tu z różnych zakątków świata m. in. z Holandii i Południowej Afryki i razem zmierzają do Santiago. A także Alejandrę, studentkę z Chile, której niestety nie ma na zdjęciu, ale bardzo miło nam się z nią rozmawiało w miejscu, gdzie dziś nocujemy. Obyśmy całą trasę mieli takie szczęście do ludzi.

Dzień 6.

Wyszliśmy z Portamarin i ruszyliśmy do Samos. Miało być 40km, wyszło 44. Na początku o poranku pięknie i fantastycznie, ochy i achy, jaka cudna mgła, a tam już wschód słońca. To będzie piękny dzień. Kochanie, chyba poszliśmy nie tędy? To nic, sprawdź dobrze mapę, zawróćmy i chodźmy dalej. Ta sama sytuacja kilka godzin później:

-jak to nie ma drogi, jak patrzysz na tą mapę, lepiej mi ją pokaż, ja już Ci nie ufam, nie mam siły, zabierz to słońce ode mnie, ja tu zostaję…. Sytuacja bierze się również stąd, że nie przypuszczałam, że tu po drodze jest tyle asfaltu, a buty jednak do czegoś innego przygotowane, więc pierwsze piętnaście kilometrów jest radosne sialala, a kolejne 25 jakby ktoś wam pod nogi podczepił taki drewniany masażer do stóp. Po tym jak dotarliśmy do Samos okazało się, że wszystkie Albergi w miasteczku są nieczynne, jest tylko salka w klasztorze udostępniana za co łaska. Bardzo fajna, jedyny minus to, że o tej porze roku jest w niej 12 stopni. Po raz pierwszy przy tych upałach wykorzystaliśmy bieliznę termiczną.

Dzień 7.

Kilometrów dziś było może niewiele, bo raptem 24km, ale za to przewyższeń już trochę, jesteśmy na 1330 n. p. m. Poza tym mieliśmy takie założenie, żeby krócej iść, bo sporo rzeczy mamy do wyprania. Wczoraj nie dało rady ze względu na warunki w Alberdze, nic by tam nie poschło przy dwunastu stopniach, więc nie było sensu prać. Dotarliśmy do małej miejscowości Alto do Poio, a właściwie wsi, w której oprócz Albergi w której śpimy i budynku na przeciwko, jest jeszcze tylko widok na góry. Za to nasza noclegownia jest wypasiona. Tzn nie w tym względzie, że ma nowe super mebelki czy, że prawie wygląda jak hotel. Wręcz przeciwnie, nie jest pierwszej świeżości, a na ścianach jest grzybek. Za to jest w niej jakiś taki klimat. Właściciel jest, ale w zasadzie go nie ma, obsługuje jego znajomy, który nie bardzo umie obsługiwać, więc każe się częstować tym na co mamy ochotę. Jeśli chcemy się napić kawy, to bardzo proszę, o ile tylko będziemy umieli obsłużyć ekspres. Jak przychodzi do płacenia, to też nie bardzo wiadomo ile się należy, a na koniec jeszcze dostajemy owoce na kolację. Dziś to nasz ostatni dzień w Galicji, bo jutro opuszczamy ten region. Muszę przyznać, że nie da się go nie polubić. Po pierwsze, jest to ponoć bardzo deszczowy region i rzadko kiedy w tym okresie nie pada. Za to nas przyjął łaskawie bo przez wszystkie dni wędrówki mieliśmy słońce. Po. drugie ludzie tu są niesamowicie mili i opiekuńczy. Na trasie kiedy szliśmy pod prąd, kilka razy w ciągu dnia, albo nas zawracali, albo krzyczeli z okien czy balkonów, że nie w tą stronę, a kiedy tłumaczyliśmy że idziemy w drugą, wtedy dopiero puszczali życząc Bueno Camino. A po trzecie nie napijesz się tu złej kawy. Czy jeszcze kiedyś wrócimy do Galicji? Mam nadzieję. I tak kończy się ten nasz krótki dziennik wyprawowy. Jak widać zmęczenie mieszało się w nim z radością, ale ta druga zdecydowanie wygrywała, za każdym razem gdy już byliśmy wykąpani i najedzeni. Mamy nadzieję, że kiedyś będzie nam dane zrealizować go w całości.
2020 r.